Jego twórczość porównuje się do malarstwa Hieronima Boscha i Petera Bruegla, Tadeusza Makowskiego i Jerzego Dudy-Gracza. Niepotrzebnie - wszak Milińskiego porównywać się z nikim nie da. W przeciwieństwie do twórców zakorzenionych w określonym wariancie "czasoprzestrzeni", był Dariusz Miliński banitą, outsiderem, "gwiazdą" i szaleńcem w zależności od światów, w których przebywa, włóczył się, wpadał na chwilę lub z uczuciem sytości się w nich rozpierał. Był hiperrealistą, ludowym twórcą i wysmakowanym warsztatowo artystą. Balansował między typami kultur, czasami i artystycznymi konwencjami, poszukując swojej tożsamości w hybrydycznym, często nieciągłym procesie tworzenia. Jednak zawsze pozostaje Miliński mistrzem wizualnej metafory oraz kreacji ikonosfery powołanej przez swoją niesamowitą wyobrażnię spierającą się z codziennością nachalnej rzeczywistości.
"Świat jest po prostu stuknięty i od tego trzeba zacząć" - powiada malarz. "Świat jest na mój rozum stuknięty. On mnie przeraża od obudzenia się do zaśnięcia. Przeraża mnie przez kochane moje istoty, przez dzieci, przez przyjaciół, przez mój ogród, przez przelatującego ptaka. Ogarnia mnie strach i wtedy chciałbym przeżywać świat na swój sposób".
Tym sposobem w pewnym sensie jedyną możliwą wersją egzystencji jest dla Milińskiego sztuka - być może jako idea - mocno już zużyta, jako pojęcie - oddana w pacht nauce "kontrolującej" autentyczność i wartość artefaktów, ale jako element bytu - niczym "piękne żarcie" pozwalająca przetrwać.
"W różnych okresach życia, człowiek różnie mówił o sztuce. Nawet - co tam sztuka!" - ironizuje malarz. "Ale sztuka - to życie. Taka jest - jak ty jesteś. Kiedy patrzę na swoje obrazy widzę, że moje życie jest takie samo. Ja nie żyję od otworzenia powiek. Otwieram powieki i już się namawiam, nastraszam, nagrzewam na to - jak przemówić, jak rozrysować, jak zagadać, jak sprowokować. I to mi nie przechodzi, chociaż entuzjazm do pięknego żarcia opadł we mnie, bo trochę grasowałem i coś pogubiłem. Ale zachłanność na malowanie, na obrazowanie tkwi we mnie nadal"...